MARTA GEMZA

 

„Jestem Marta, ale wszyscy mówią na mnie po prostu Martusia, tylko mama i tata nazywają mnie „Ptaszkiem”, bo jestem ciągle głodna i robię przy tym taki dzióbek podobny do małego, głodnego ptaszka. 

Urodziłam się trochę wcześniej niż powinnam, bo choć u mamy w brzuchu było ciepło i miło, to trochę ciasno, najzwyczajniej chciałam już rozprostować kości, a poza tym pomyślałam, że będę najlepszym prezentem na urodziny taty. Miałam przyjść na świat w ICZMP w Łodzi, gdzie jeszcze, gdy byłam w brzuchu mamy, jeździłam na konsultacje, ale wszystko potoczyło się tak szybko, że nie zdążyłam i urodziłam się we Wrocławiu. Widocznie tak miało być! 

Kiedy byłam bardzo, bardzo mała i miliony komórek intensywnie pracowały nad moim rozwojem, coś poszło jednak nie tak i moje serduszko nie pracuje teraz tak jak powinno. Podsłuchałam, jak mama mówiła tacie, że to bardzo ciężka wrodzona wada serduszka. Choć jestem silną, zuch dziewczyną, sama sobie z tym nie poradzę i muszę mieć niezwykle skomplikowaną operacje. Lekarze powiedzieli, że będziemy musieli pojechać gdzieś strasznie daleko, żeby mi pomóc i kosztuje to miliony monet. Tak bardzo chciałabym być zdrowa i bawić się, jak inne dzieci…”

U naszej córki wykryto wrodzoną wadę serca jeszcze prenatalnie – tetralogię Fallota z atrezją pnia płucnego + MAPCA’s. Od tego czasu zaczęła się walka o jej zdrowie, walka pełna łez i żalu do całego świata. 

Przypadek Marty konsultowaliśmy z wieloma lekarzami i niestety każdy z nich potwierdzał diagnozę. Z konsultacji na konsultacje umierała w nas nadzieja, że być może jednak to pomyłka i nasza wyczekiwana pociecha urodzi się zdrowa. Niestety tak się nie stało. Po niezliczonych wizytach u najlepszych lekarzy w Polsce, rekomendacja wszędzie była jedna. Wszyscy specjaliści zgodnie stwierdzili, że operacja zagranicą to jedyna nadzieja, aby Marta żyła. 

Zbiórka była dla nas czymś nowym, nie wiedzieliśmy od czego zacząć, był strach, czy wszystko się powiedzie. Na szczęście udało się! Już wkrótce lecimy do Rzymu, zoperować małe serduszko naszej córeczki. Nadal jest w nas strach, ale i wielkie nadzieje. Martunia nie jest niczego świadoma. Jest ciekawą świata, śliczną i dzielną dziewczynką, na którą codziennie patrzymy z ogromna miłością. Nadal jest naszym „Ptaszkiem”, którego wkrótce czeka wielka podróż. 

Rodzice Marty